Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi marcin0604 z miasteczka Lublin. Mam przejechane 6615.49 kilometrów w tym 558.47 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 28.35 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 0 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy marcin0604.bikestats.pl
  • DST 88.47km
  • Czas 02:54
  • VAVG 30.51km/h
  • VMAX 50.00km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Z Hajlą pod wieczorek.

Czwartek, 22 września 2011 · dodano: 22.09.2011 | Komentarze 0

Miła wycieczka na koniec dnia. Nawet nie potrafię powtórzyc, gdzieśmy byli. Jakieś zadupia za Krzczonowem. Z resztą, czy to ważne?
Pokręcone, makaron z nieudanym sosem przepalony. Spoko.




  • DST 80.40km
  • Czas 02:38
  • VAVG 30.53km/h
  • VMAX 53.70km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Garbów vol.3 (ale z rozszerzeniem).

Niedziela, 18 września 2011 · dodano: 18.09.2011 | Komentarze 0

Dawno nie miałem tak miłego rowerowego poranka (dziesiątek dojazdówek do pracy nie liczę bo to taki straszny banał...)
Na szybko wciągnięte pół strucla (strucli??) pod maślankę. Dwa bananiochy w kieszenie i go!
Wylot po siódmej, słońce ledwie wzeszło, trochę chłodno.
Konopnica- Palikije- Bełżyce- Miłocin- Garbów- główna na Wawę i chata.
Dziesiąta rano, Mann gada w radio o suspensach, kawa pachnie, dzień się zaczyna.
Gdyby Adolf Hitler albo Józef Stalin mogli jebutnąc sobie osiem dych z rana pod wiatr na rowerze, może kilka spraw wyglądało by inaczej.
Jest dobrze.




  • DST 63.99km
  • Czas 01:53
  • VAVG 33.98km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

powtórka (jeśli coś jest dobre to po co to zmieniac?)

Sobota, 17 września 2011 · dodano: 17.09.2011 | Komentarze 0

Ponowne nawiedzenie Garbowa. Tym razem na tempo.

Kiedy wieje boczny wiatr
lubię słuchac śpiewu
moich szprych aero-
helikopter w ogniu.

:)




  • DST 75.56km
  • Czas 02:25
  • VAVG 31.27km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Szybki Kazimierz, który stał się jeszcze szybszym Garbowem.

Poniedziałek, 12 września 2011 · dodano: 12.09.2011 | Komentarze 0

Piękny dzień!
Słonko jak za najgorętszych letnich dni.
W wyniku pewnych ruchów w pracowniczym grafiku mogłem dziś wstac tak jak chciałem w efekcie czego trening odbył się w godzinach chyba dla mnie najlepszych.
Szybki atak na Wojciechowską, niezbyt długa rozgrzewka i przebijanie łbem ściany wiatru. Do Palikij, przez Miłocin i lot na Garbów (asfalt jak po ataku moździerzowym- ne dobrze pane, ne dobrze- koła można stracic...)
Tysięczny pierwszy lot trasą na Kazimierz Dln. zaczął mnie z lekka dołowac/ demotywowac więc bardzo szybko porzuciłem ten pomysł a okazją był mijany właśnie drogowskaz na Garbów. I dobrze się stało.
Forma dziś jak mało kiedy :)Słodko.
Wyskok na główną do Warszawy i powrót do Lublina.
W ramach rozjazdu odwiedziłem jeszcze inżynierię po zamówione graty.
Dobre, nie za długie kręcenie.




  • DST 120.80km
  • Czas 04:00
  • VAVG 30.20km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Lublin- Kock- Lublin

Sobota, 10 września 2011 · dodano: 10.09.2011 | Komentarze 0

W ramach utrzymania formy wykręconej na urlopie poleciałem pod Globus na szosową ustawkę z RL, która nie wypaliła. Poleciałem więc na traskę na której nie widziano mnie od z górą pięciu lat. Bo średnio ją lubię. Pocisnąłem na Czemierniki nad Tyśmienicą. Dojechałem do Kocka.
Kock przywitał mnie atmosferą beznadziei, zatęchłości, wrażeniem, że czas stanął tu 30 lat temu.
Pośrodku rynku odziany na niebiesko święty ze swego cokolika luka na czterech pijaków deliberujących nad życiem i winem.
Uciekłem stamtąd szybciutko, ale babka drożdżowa była spoko.




  • DST 52.60km
  • Czas 01:37
  • VAVG 32.54km/h
  • VMAX 60.00km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Wieczorny Nałęczów.

Wtorek, 6 września 2011 · dodano: 06.09.2011 | Komentarze 0

Nic nadzwyczajnego. Doleciałem, klepnąłem, zawróciłem. Miło.




  • DST 238.16km
  • Czas 09:48
  • VAVG 24.30km/h
  • VMAX 63.90km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Tour de Tatry albo nocny solopatrol po słowackich Tatrach (Special dedicated to Kocio).

Czwartek, 1 września 2011 · dodano: 03.09.2011 | Komentarze 1

Jak by tu zacząc? To była jedna z TYCH jazd, gwóźdź urlopu, namba łan (niepotrzebne skreślic).
Zaczęło sie typowo. Ot kolejne podjeżdżanie Tatr.
Godzina 11 30 start. Po niespełna godzinie podjeżdżania wylądowałem po Słowackiej stronie. Cichej, miłej, z kolorowymi chatkami i przydrożnymi studzienkami z ciurkającą krystalicznie czystą, górską i zimniutką wodą. No i ze stadami maleńkich oseskowatych łowiecek na hali. No po prostu idylla.
Na wysokości Tatranskiej Koltliny na skutek wcześniejszego nieporozumienia z Kociem skręciłem w drogę 57 prowadzącą na Lendak.
Kupa tam cyganów ale wszyscy miło nastawieni, nic tylko "cześc!", "ahoj!" i uśmiechy.
Trochę nabiłem tam niepotrzebnie kilosów, na dodatek Lendak wyglądał tak, jakby nagle postanowiono naprawic CAŁY asfalt w całym Lendaku w jednym momencie. Kupa kamieni wielkości śliwki i mniejszych walająca się po drodze, kurz i klimat jak na wielkiej budowie.
Po słowno- gestykulacyjnej rozmowie z miłą panią słowaczką dowiedziałem się, gdzie są moje usilnie poszukiwane Keżmerskie Żleby.
A więc drogą 537 , dale w górę na Stary Smokovec, ahoj!
Powolutku wchodzimy więc w obszar Wysokich Tatr. Architektura mijanych domów, pensjonatów i zwykłych stacji kolejowych urzeka murem pruskim tak innym od tego co po polskiej stronie.
Moja wspinaczka trwa nieprzerwanie aż do Szczyrbskiego Plesa. Tam przychodzi czas na chwilę luzu, podziwiania luksusowych hoteli (z zewnątrz) oraz przede wszystkim widoku, jaki roztacza się ze Szczyrbskiego Plesa w dół. Nie do opisania.
No i pora na wciągniecie długiego odzienia na członki- tu już nie ma żartów, temp. spada poniżej 20 stopni C i nie zanosi się na to, że zrobi się cieplej.

Lot na Liptowski Mikulasz, kierunek na hotel "Janosik" i "Tatralandię" wielkie wesołe miasteczko skrojone na miarę conajmniej Las Vegas, jak słusznie spostrzegł Kocio. Ostatnia mijana pizzeria niemal krzyczy, żeby wejśc i coś "węglowodo" wciągnąc. Tak też czynię. Miłe słowackie dziewczę do pizzy proponuje w gratisie soczek w kartoniku lub piwo w puszce. Oczywiście biorę ..... Kiedy pizza zostaje wciągnięta zapada noc. Dzieje się to dośc szybko. O 19 32 pstrykam nokią na chybcika powalający kolorami nieba zachód słońca. Lecę na spotkanie z moim 15% podjazdem przed Hutami, ale to się będzie działo już w ciemnościach.
Jazda po słowackich Tatrach nocą w pojedynkę jest doświadczeniem trudnym do opisania. Nie bardzo wiem od czego tu zacząc. Może zacznę więc od tego, że zbliżając się do mojego megapodjazdu przed Hutami jacyś słowaccy chłopcy po miłym "dzień dobry wam" zapytali się mnie czy się "nie boję..." Nie pamiętam jakie było to słowo, którego chłopcy użyli ale ja zinterpretowałem to sobie jako "niedźwiedzia".
Atakowanie podjazdu przyszło dla mnie niespodziewanie.
Po prostu nagle poczułem, że pomimo redukcji umożliwiającej mi dotychczas atakowanie Podhala z prędkościami pomiędzy 12 a 20 km/h moje nogi nagle ważą po 15 kg każda. Licznika nie widziałem ale myślę, że prędkosc podjeżdżania spadła poniżej 10km/h. Co jakis czas pojawiała się natrętna myśl o niedźwiedziu. Towarzyszyły mi absurdalne myśli o tym, że "jak to dobrze, że nie śmiecę papierkami po snickarsach. Niedźwiedź zwąchawszy słodki zapach papierka z pewnościa ruszy moim tropem". :D
Krzepiąca myśl "co sobie podjedziesz, to sobie zjedziesz" była jednym z moich "światełek w tunelu" i znaczną psychiczną podporą.
Zjazd z prędkością powyżej 50km/h po ciemku, "na linię" środkiem asfaltu oraz "na światła" bardzo rzadko mijających mnie aut dawał mi budujące uczucie, że potencjalny miś jest coraz dalej.

Swiatła miasta daleko w dole pode mną po lewej stronie kiery uzmysłowiły mi jak wysoko muszę się znajdowac (te światła to nieregularnie rozmieszczona wielka ilosc maleńkich punkcików).
Cień prawej łapy, który rzucała moja przednia sigma na betonowe zabezpieczenie osuwiska tworzył atmosferę niesamowitego widowiska z pogranicza teatru cieni.
Plus ciemnosc i niesamowita cisza wypełniana jedynie moim oddechem i poskrzypywaniem podeszwy o pedał.
A potem zjazd i wizg powietrza koło głowy. Tak się znalazłem w Hutach.
Dalej był szybki Zuberec a w nim dodatnio oddziałujące na moje morale świata ulicznych latarni. Ale to tylko na moment, bo przy skręcie na Oravice ciemności ciąg dalszy.
Lecąc na mapkę roboty Kocia wypatrywałem zmęczonym już okiem znaku z napisem Vitanova. Gdy moja sigma wyłowiła w końcu z ciemności wypatrywany napis zrobiło mi się na duszy dużo, ale to bardzo dużo raźniej. Od granicy z Polską dzieliła mnie już tylko Hladovka i Sucha Hora, którą poznałem już tydzień wcześniej i w której czułem się jak w domu.
Tego uczucia dopełniały spotykane szyldy, na których poza słówkiem "potraviny" coraz częściej widywałem też "artykuły spożywcze".
Szybki finał mojego TT z racji gładkiego i stromego zjazdu z Suchej Hory do Chochołowa i uczucie spełnienia.
Radośc? Duma? Ulga? Spore zmęczenie. Ponad 9 i pół godziny w siodle. Tyleż samo zmagania się z faktem, że jest ciemno, zimno i do domu daleko oraz, że niedźwiedzie są tu gdzieś obok i nie wiadomo co im chodzi po kosmatych głowach (teraz mogę się śmiac, na czas opisywanej jazdy miałem ciepło;) )
To było dobre, bardzo dobre ujechanie.




  • DST 60.00km
  • Aktywność Jazda na rowerze

dzień głupawkowy (postaw przełaj na szosowych, dawaj potem z Gubałówki)

Wtorek, 30 sierpnia 2011 · dodano: 04.09.2011 | Komentarze 0

Totalny brak pomysłu na trasę. Wiem tylko, że nie będę uprawiał joggingu pod reglami, że nie będę prześcigał się z nieprzebranymi masami podpierającymi sie kijaszkami od nordicu. Rower chwilowo poraz kolejny się z lekka przejada. Mimo to wsiadam.
Szczególnie upodobana przeze mnie Bukowina T. i Poronin z którym mam bardzo miłe wspomnienia z dzieciństwa wymusza ponowny atak na rekomendowany przez półtoragościa Ząb. Ty razem jednak po wdrapaniu się na szczyt nie jadę w prawo jak ostatnio ino atakuję w lewika. Dojeżdżając cały czas prosto dojeżdżam do końca drogi. Zjadam banana, skórką kulturalnie rzucam w krzale a papierkiem po chałwie daję po tylnej kieszeni, podziwiam cudne widoki i cisnę na Gubałówkę, gdzie poraz pierwszy spotykam się z diskopolo w odmianie góralskiej. Heh...
Na Butorowym Wierchu postanawiam zobaczyc, jak to jest zjechac technicznie, powoli, cały czas kontrolując hamplami sytuację.
Po kilku (20, 30??) metrach stwierdziłem, że wszystko ok, tylko, że nagle moje opony zaczęły tracic przyczepnośc a ja nabieram prędkości (WOOOW ;( )
Na nic zdało się wystawianie nóżki i próby wyhawmowania powiedzmy, niekonwencjonalne- nóżka, balans, wydawanie okrzyków zaczynających się na "o kurczę blade" :P
Trzeba było położyc się możliwie nie na przerzutce i, o ile to możliwe nie na kamieniach. Dupa bardzo śmiesznie obita, banan w tylnej kieszeni powiedzmy to sobie szczerze- zmiażdżony. Ja żywy. Niech żyje fantazja. Uffff...
I powrót pod górę, jak to dobrze, że przełaj fajnie się nosi na ramieniu. Nie jest to co prawda torebka z krokodylej skóry ale co tam, jest dobrze. Przezadowoleni turyści zdaje się, że marki ceper wyprzedzający mnie na wyciągu krzesełkowym uprzejmie zapytali się mnie jak się idzie. Cóz było im odpowiedziec?:) ŻE DOBRZE SIĘ IDZIE!

Tak to czasem człowiekowi lubi odbic.




  • DST 80.14km
  • Czas 03:20
  • VAVG 24.04km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Standardzik podhalański.

Niedziela, 28 sierpnia 2011 · dodano: 03.09.2011 | Komentarze 0

Na dzień dobry podjeżdżanko Drogą Do Olczy.
Potem w dół do Krupówek, które oczywiście olewamy. Nic tam po nas.
Lot do Koscieliska ale od ośrodka dla żołnierzy odwrót. Tędy dziś nie będzie jeżdżenia.
Więc lecimy na Zakopiankę po to, by odbic na Poronin do Bukowiny.
A potem kolejno: Kurycowski Wierch-Brzegi-Rzepiska-Łapszanka.
Dzisiejszy dzień jest bardzo mglisty, chłodny (poniżej 20 stopni C).
Podjeżdżanie Łapszanki to oddzielna, cudowna historia.




  • DST 116.00km
  • Czas 04:53
  • VAVG 23.75km/h
  • VMAX 73.40km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Rzepiska po raz pierwszy.

Sobota, 27 sierpnia 2011 · dodano: 03.09.2011 | Komentarze 1

Dziś poleciałem na Tamę w Niedzicy.
Olcza-Jaszczurówka-Capówka-Głodówka-Bukowina Tatrzańska-Brzegi-Rzepiska-Łapszanka (och, och, och 73,4km/h - oooch..)Lapsze Wyżne oraz Niżne i Niedzica.
Powrót tak samo tylko od końca licząc. Ujechany jak pies pan M. szczęśliwy powrócił na swoją bazę.