Info
Suma podjazdów to 0 metrów.
Więcej o mnie.
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2013, Lipiec1 - 0
- 2013, Maj6 - 0
- 2013, Kwiecień1 - 0
- 2013, Marzec1 - 0
- 2013, Luty1 - 2
- 2012, Listopad3 - 0
- 2012, Październik1 - 0
- 2012, Lipiec1 - 1
- 2012, Czerwiec16 - 13
- 2012, Maj16 - 10
- 2012, Kwiecień4 - 7
- 2012, Marzec11 - 6
- 2012, Luty11 - 6
- 2012, Styczeń13 - 16
- 2011, Grudzień7 - 10
- 2011, Listopad12 - 29
- 2011, Październik17 - 15
- 2011, Wrzesień15 - 1
- 2011, Sierpień10 - 1
- 2011, Lipiec4 - 3
- DST 238.16km
- Czas 09:48
- VAVG 24.30km/h
- VMAX 63.90km/h
- Aktywność Jazda na rowerze
Tour de Tatry albo nocny solopatrol po słowackich Tatrach (Special dedicated to Kocio).
Czwartek, 1 września 2011 · dodano: 03.09.2011 | Komentarze 1
Jak by tu zacząc? To była jedna z TYCH jazd, gwóźdź urlopu, namba łan (niepotrzebne skreślic).
Zaczęło sie typowo. Ot kolejne podjeżdżanie Tatr.
Godzina 11 30 start. Po niespełna godzinie podjeżdżania wylądowałem po Słowackiej stronie. Cichej, miłej, z kolorowymi chatkami i przydrożnymi studzienkami z ciurkającą krystalicznie czystą, górską i zimniutką wodą. No i ze stadami maleńkich oseskowatych łowiecek na hali. No po prostu idylla.
Na wysokości Tatranskiej Koltliny na skutek wcześniejszego nieporozumienia z Kociem skręciłem w drogę 57 prowadzącą na Lendak.
Kupa tam cyganów ale wszyscy miło nastawieni, nic tylko "cześc!", "ahoj!" i uśmiechy.
Trochę nabiłem tam niepotrzebnie kilosów, na dodatek Lendak wyglądał tak, jakby nagle postanowiono naprawic CAŁY asfalt w całym Lendaku w jednym momencie. Kupa kamieni wielkości śliwki i mniejszych walająca się po drodze, kurz i klimat jak na wielkiej budowie.
Po słowno- gestykulacyjnej rozmowie z miłą panią słowaczką dowiedziałem się, gdzie są moje usilnie poszukiwane Keżmerskie Żleby.
A więc drogą 537 , dale w górę na Stary Smokovec, ahoj!
Powolutku wchodzimy więc w obszar Wysokich Tatr. Architektura mijanych domów, pensjonatów i zwykłych stacji kolejowych urzeka murem pruskim tak innym od tego co po polskiej stronie.
Moja wspinaczka trwa nieprzerwanie aż do Szczyrbskiego Plesa. Tam przychodzi czas na chwilę luzu, podziwiania luksusowych hoteli (z zewnątrz) oraz przede wszystkim widoku, jaki roztacza się ze Szczyrbskiego Plesa w dół. Nie do opisania.
No i pora na wciągniecie długiego odzienia na członki- tu już nie ma żartów, temp. spada poniżej 20 stopni C i nie zanosi się na to, że zrobi się cieplej.
Lot na Liptowski Mikulasz, kierunek na hotel "Janosik" i "Tatralandię" wielkie wesołe miasteczko skrojone na miarę conajmniej Las Vegas, jak słusznie spostrzegł Kocio. Ostatnia mijana pizzeria niemal krzyczy, żeby wejśc i coś "węglowodo" wciągnąc. Tak też czynię. Miłe słowackie dziewczę do pizzy proponuje w gratisie soczek w kartoniku lub piwo w puszce. Oczywiście biorę ..... Kiedy pizza zostaje wciągnięta zapada noc. Dzieje się to dośc szybko. O 19 32 pstrykam nokią na chybcika powalający kolorami nieba zachód słońca. Lecę na spotkanie z moim 15% podjazdem przed Hutami, ale to się będzie działo już w ciemnościach.
Jazda po słowackich Tatrach nocą w pojedynkę jest doświadczeniem trudnym do opisania. Nie bardzo wiem od czego tu zacząc. Może zacznę więc od tego, że zbliżając się do mojego megapodjazdu przed Hutami jacyś słowaccy chłopcy po miłym "dzień dobry wam" zapytali się mnie czy się "nie boję..." Nie pamiętam jakie było to słowo, którego chłopcy użyli ale ja zinterpretowałem to sobie jako "niedźwiedzia".
Atakowanie podjazdu przyszło dla mnie niespodziewanie.
Po prostu nagle poczułem, że pomimo redukcji umożliwiającej mi dotychczas atakowanie Podhala z prędkościami pomiędzy 12 a 20 km/h moje nogi nagle ważą po 15 kg każda. Licznika nie widziałem ale myślę, że prędkosc podjeżdżania spadła poniżej 10km/h. Co jakis czas pojawiała się natrętna myśl o niedźwiedziu. Towarzyszyły mi absurdalne myśli o tym, że "jak to dobrze, że nie śmiecę papierkami po snickarsach. Niedźwiedź zwąchawszy słodki zapach papierka z pewnościa ruszy moim tropem". :D
Krzepiąca myśl "co sobie podjedziesz, to sobie zjedziesz" była jednym z moich "światełek w tunelu" i znaczną psychiczną podporą.
Zjazd z prędkością powyżej 50km/h po ciemku, "na linię" środkiem asfaltu oraz "na światła" bardzo rzadko mijających mnie aut dawał mi budujące uczucie, że potencjalny miś jest coraz dalej.
Swiatła miasta daleko w dole pode mną po lewej stronie kiery uzmysłowiły mi jak wysoko muszę się znajdowac (te światła to nieregularnie rozmieszczona wielka ilosc maleńkich punkcików).
Cień prawej łapy, który rzucała moja przednia sigma na betonowe zabezpieczenie osuwiska tworzył atmosferę niesamowitego widowiska z pogranicza teatru cieni.
Plus ciemnosc i niesamowita cisza wypełniana jedynie moim oddechem i poskrzypywaniem podeszwy o pedał.
A potem zjazd i wizg powietrza koło głowy. Tak się znalazłem w Hutach.
Dalej był szybki Zuberec a w nim dodatnio oddziałujące na moje morale świata ulicznych latarni. Ale to tylko na moment, bo przy skręcie na Oravice ciemności ciąg dalszy.
Lecąc na mapkę roboty Kocia wypatrywałem zmęczonym już okiem znaku z napisem Vitanova. Gdy moja sigma wyłowiła w końcu z ciemności wypatrywany napis zrobiło mi się na duszy dużo, ale to bardzo dużo raźniej. Od granicy z Polską dzieliła mnie już tylko Hladovka i Sucha Hora, którą poznałem już tydzień wcześniej i w której czułem się jak w domu.
Tego uczucia dopełniały spotykane szyldy, na których poza słówkiem "potraviny" coraz częściej widywałem też "artykuły spożywcze".
Szybki finał mojego TT z racji gładkiego i stromego zjazdu z Suchej Hory do Chochołowa i uczucie spełnienia.
Radośc? Duma? Ulga? Spore zmęczenie. Ponad 9 i pół godziny w siodle. Tyleż samo zmagania się z faktem, że jest ciemno, zimno i do domu daleko oraz, że niedźwiedzie są tu gdzieś obok i nie wiadomo co im chodzi po kosmatych głowach (teraz mogę się śmiac, na czas opisywanej jazdy miałem ciepło;) )
To było dobre, bardzo dobre ujechanie.
