Info
Suma podjazdów to 0 metrów.
Więcej o mnie.
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2013, Lipiec1 - 0
- 2013, Maj6 - 0
- 2013, Kwiecień1 - 0
- 2013, Marzec1 - 0
- 2013, Luty1 - 2
- 2012, Listopad3 - 0
- 2012, Październik1 - 0
- 2012, Lipiec1 - 1
- 2012, Czerwiec16 - 13
- 2012, Maj16 - 10
- 2012, Kwiecień4 - 7
- 2012, Marzec11 - 6
- 2012, Luty11 - 6
- 2012, Styczeń13 - 16
- 2011, Grudzień7 - 10
- 2011, Listopad12 - 29
- 2011, Październik17 - 15
- 2011, Wrzesień15 - 1
- 2011, Sierpień10 - 1
- 2011, Lipiec4 - 3
- DST 57.55km
- Teren 25.00km
- Czas 02:04
- VAVG 27.85km/h
- VMAX 53.00km/h
- Aktywność Jazda na rowerze
Ballada o Świętym Marku albo ostatnia podróż bananka.
Wtorek, 4 października 2011 · dodano: 04.10.2011 | Komentarze 2
Wszystko zaczęło się od Świętego Marka model SKN z lansiarskim haftem komputerowym FRM (Fundacja Ronalda McDonalda ekhehehe...)
Dostałem od M. na testy tego Świętego Marka bo szukałem czegoś z tunelem na prostatinhos i w niezbyt druzgoczącej cenie. No i dostałem, kurde balanzzzz... ale fajnie!
Tak więc dziś po pracy i po wchłonięciu się pysznego penne, a jakże, al dente (tu pojawia się skowyt zachwytu) suto ztuningowanego curry :)przy dżwiękach tryumfalnie wyśpiewanego "Padam, padam, padam" babci Edyty (jak ja dawno nie słuchałem niczego z cedeków) wciągnąłem nogawki, włożyłem butki i pocisnąłem do zaprzyjaźnionego warzywniaczka w którym raz niznośnie oficjalny i pełen powagi pan mąż a raz wyluzowana i o smutnych oczach pani żona.
Dziś była żonka pana i żonka sprzedała mi niesamowicie giętkiego sezamka Made in Greece (taki de luxe- na miodku)oraz ostatniego , wymaltretowanego bananka. Zlitowałem się nad banankiem i zabrałem go na jego ostatnią drogę. Ale nie byle jaka to była droga.
Bananek wesolutko jechał sobie ze mną blisko mojego kręgosłupa. Do samiutkiego Nałęczowa. I to którędy? Szlakiem, psze pana, szlakiem.
Był cudny zachód słońca nad sadami, ciągniki z jednoosiowymi przyczepkami pełne drewnianych skrzynek pachnących na kilometr jabłkami i pieski podwórzowe, którym już dziś było chyba absolutnie wszystko jedno. Żaden nie skusił się by za mna pogonic choc troszkę.
Był też pan żul, bardzo wzruszający pan o długiej brodzie i cholernie silnym uścisku dłoni. Takim cholernie prawdziwym uścisku.
To wszystko widział bananek z zaprzyjaźnionego warzywniaczka. A potem został oskurowany a jego skóra leży gdzieś w rowie za Miłocinem. Jestem jednak pewien, że bananek tego chciał i był przez tę ponad godzinę ze mną na prawdę szczęśliwy.
A Święty Marek jest w stanie się zgrac z moim tyłkiem, se myślę. Może w jarzemku o dwie kreski na podziałce pójdzie ciut w przód. I wszycho. Do Selle Italia SLC, które tak bezmyślnie oddałem wraz z Avalanchem Swięty M. się raczej nie umywa, widzę jednak róznice między nim a SDG in plus dla San Marco.
Powrót główną do Lublina. Senny Nałęczów. I taki już jesienny...
Komentarze
